Zawsze zajmowaliśmy ten sam stolik.
Rayuela Cafe mieściła się w najgłębszym zakątku Ulicy Pokątnej i należała do miejsc rzadko uczęszczanych. Lokum wynajmowane było w starej kamienicy i mimo że sama kawiarenka była znacznie młodsza ode mnie, jej wnętrze wykazywało skłonności dekadenckie. Wkraczając, witało cię skrzypienie starych, drewnianych drzwi, których czarna farba odchodziła płatami od nierównej powierzchni, a także mugolski blues bądź jazz, snujący się z najprawdziwszej szafy grającej. Dorastając pod jednym dachem z Crispinem Gauthierem, którego dźwięki muzyki z lat czterdziestych wprawiały w stan porównywalny z ekstatycznym, a także dzieląc dormitorium z Wolfgangiem Brahmsem - którego zbieżność imienia oraz nazwiska bynajmniej nie jest przypadkowa - a na dodatek samemu grając na fortepianie... chyba nikogo nie powinno dziwić, że muzyka stanowiła ważną część mojej egzystencji. Lubiłem przesiadywać w Rayuela Cafe i zapewne stary, poczciwy sprzęt grający, nafaszerowany zaklęciami, pełen mugolskich utworów, a także obecność fortepianu, przy którym niejednokrotnie siadałem wraz z Wolfgangiem, by grać na cztery ręce, jeszcze bardziej przyczyniały się do sentymentu, jakim darzyłem to miejsce. Ciemne, drewniane ściany i niesamowita atmosfera, przenikająca między stolikami i zarażająca każdego humorem zmieszanym z nutą melancholii, dopełniały wszystkiego, tworząc spójną całość. Wewnątrz tej niewielkiej kawiarenki czułem się jakby wyjęty z filmu rodem z lat pięćdziesiątych, jednego z tych, w których widzowie mogli podziwiać uroki Audrey Hepburn.
Nasz stolik, o którym wspomniałem na samym początku, mieścił się tuż przy wielkim oknie, nieco przysłoniętym przez ciężkie, butelkowo-zielone kotary. Był wykonany z ciemnego drewna, okrągły, a mieściły się przy nim li wyłącznie cztery osoby. Otaczały go cztery fotele o głębokich oparciach i ciemnoczerwonych obiciach wyszywanych – pierwotnie zapewne złotą, dziś nieco poszarzałą - nicią we florystyczne wzory. Zajmowaliśmy je kolejno Wolfgang, ja, Crispin i Luke. Ja zwykle siadałem w fotelu zwróconym frontem do okna, by ze swobodą móc obserwować ludzi mijających Rayuela Cafe, Rotenbergowi natomiast sprawiało przyjemność śledzenie wzrokiem tych, którzy odważyli się przekroczyć jej progi. Przy akompaniamencie szafy grającej zwykliśmy grywać w szachy czarodziejów bądź w karty – zawsze na pieniądze, ewentualnie sięgać po jedną z książek stojących na niskich półkach, wyszukując przypadkowych cytatów. Czasem toczyliśmy zażarte dyskusje, innym razem jedynie zdobywaliśmy się na ciche pomrukiwania, gdyż nasze głowy zaprzątało zbyt wiele myśli, którymi nie chcieliśmy się dzielić. Wtedy Wolfgang kładł łokieć na stole, a kciukiem oraz palcem wskazującym miarowo drapał swoją brodę, Luke w milczeniu wnikliwie obserwował kolejno każdego z nas, Crispin nieustannie obracał w dłoniach szklankę z piwem czy drinkiem, ja zaś zsuwałem się w zagłębienie oparcia ciemnoczerwonego fotela i wkładałem ręce w kieszenie spodni. I siedzieliśmy, tacy nieobecni.
Miejsca do których się przywiązujemy z czasem tracą swój urok. Nie dlatego, że stają się mniej urokliwe, powód tkwi raczej w miarę rosnącej popularności. Weźmy za przykład szkolną kuchnię – za czasów, gdy do Hogwartu chodzili bliźniacy Weasley, ci od Magicznych Dowcipów, cieszyła się ona tak małą popularnością (a wynikało to z faktu, iż o jej istnieniu wiedział zaledwie nieliczny procent uczniów) że odwiedzanie jej zapewne należało do zajęć przyjemnych. Teraz, gdy o jej ulokowaniu wie niemal cała szkoła, wykradanie się do kuchni nie sprawia nikomu przyjemności. To samo stało się z Rayuela Cafe. Kawiarnię otwarto, gdy jeszcze nie myślałem poważnie o sumach. Początkowo stoliki świeciły pustkami, a znając zamiłowanie moich kompanów (a także biorąc pod uwagę swoje własne) do miejsc ustronnych, uznaliśmy tę kawiarnię za naszą własną. Niestety, wówczas nie wzięliśmy pod uwagi faktu, iż z biegiem lat jej popularność może wzrosnąć.
A wzrosła.
Odkąd Crispin skończył szkołę, Rayuela Cafe odwiedziliśmy tylko raz. Powitał nas gwar rozmów, brzdęk szkła, zapach, jaki zwykle panuje w miejscach zatłoczonych i – a tego było stanowczo za wiele – brak wolnych foteli przy naszym stoliku. Zrezygnowani, musieliśmy się zadowolić miejscami przy barze, które nie dały nam najmniejszej namiastki atmosfery, jaka dawniej tu panowała. Czuliśmy się, jakbyśmy trafili w obce miejsce. To nie była już nasza Rayuela Cafe.
Był to początek nowej historii.
2009-09-18, 21:58:53